ćwiczenia nauki angielskiego dzieci

Podobne podstrony
 
Czytasz wiadomości wyszukane dla frazy: ćwiczenia nauki angielskiego dzieci




Temat: prośba o westchnienie
no to się nie 'dostaliśmy':(
smutno mi, choć prawdopodobnie po prostu nie dało się do końca stwierdzić
wszystkich predyspozycji bo jest za mały (był najmłodszy) na takie sprawdziany
typu szkolengo (nowa grupa dzici i polecenia) czyli 'niedojrza ły szkolnie'
za rok na pewno znów spróbujemy:)
pójdę jeszcze i tak na rozmowę o nim do szkoły (zapraszano rodziców wszystkich)
ale to już w przyszłym tygodniu bo na razie leczę zatokowe powikłania
po 'lekkim' przeziębieniu i jestem uziemiona:-((((

ciekawa jestem jak mojego Młodziana oceniają specjaliści bo rodzinne autorytety
(mąż, ojciec, brat-wszyscy pianinowi, mąż tez rockowo-gitarowy) swoje już
powiedzieli, ale wiecie jak to jest w rodzinie;)
mi słoń na ucho nadepnął, więc mam inne spojrzenie i widzę to tak: rozczula go
muzyka-od 'zawsze' zdarza mu się zastygać przy zabawie bo usłyszał ładną
melodię, pyta 'co to jest za muzyka, kto to śpiewa' sam z siebie, wzrusza się
przy muzyce do tego stopnia że przychodzi z drugiego pokoju 'żeby wyłączyć, bo
jest taka smutna że jemu się płakać chce', no i żebyście go zobaczyli na
egzaminach-te radosne oczy po zabawach muzycznych (on, nieśmiały w nowych
miejscach i w tłumie dzieci tutaj się smiał i żartował)
słowem, ja też śmiem twierdzić że jaki ś dar ma
pytanie czy typu 'skrzypce albo pianino' (taki poziom jest w szkole muz. do
której startowaliśmy) czy raczej 'sto lat' zagrane jednym palcem bez
akompaniamentu na urodzianch babci;)

na razie 'przetrzymaliśmy' go prawie rokz z jego chęcią nauki (zapalił się
najpierw do skrzypiec po zobaczeniu na żywo koncertu) a on nadal chce (czy
wytrwa w ćwiczeniach to inna sprawa)
dlatego na pewno od września i tak będzie się uczył-pewnie jakoś prywatnie,
zresztą zobaczymy

no i na koniec żeby nie wyszło że jakiegoś geniusza hoduję w domu bo gdzieś tam
wspominałam o jego zapale do angielskiego
co do dojrzałości społecznej-załamka
jest na poziomie 3-4 latka (w sierpniu skończy 6), po każdej przerwie (np po
przeziebieniu) dalej łyka łzy przy pożegnaniu w przedszkolu
do tego stopnia że psych. przedszkolny zasugerował że jak za rok nie dojrzeje
to może o rok później do szkoły?
no ale domyślacie się co ja na to: moje dziecko rok później do szkoły?!?
PO MOIM TRUPIE;-)))))))))))
no i tak to jest z nadwrażliwcem, kidys Marzek pisała o wydaniu 'noworodkowo-
niemowlęcej' (Marzku, nie obrazisz się mam nadzieję, pozdr. Samuela) teraz ja o
wydaniu-przedszkolnym





Temat: co za chamica z tej wuefistki...kazała nam....
ajala1 wybacz tytuł wątku,ale to był cytat tego co usłyszała dziś moja mama w
autobusie z ust uczennicy liceum;/Jesteś tyle lat nauczycielką i dalej jesteś
wrażliwa na takie słowa ;

> Nie ma bardziej "niskiego" zachowania nauczyciela, niż to odwieczne zwalanie
> własnej nieudolności na karb "zaległości" z niższych etapów edukacyjnych.
> Kiedyś już pisałam, że szkoły są różne, bo różni są i uczniowie i nauczyciele.

Wybacz moje niskie zachowanie,ale niestety takie są fakty i tego nie zmienisz.
Kolejny rok z rzędu dostaję 1 klasę, w której uczniowie wymawiają :ansŁer,
łoczED, pelinG, czy with czytają jak łicz. O ile te ostatnie mogłabym
zrozumieć, że się myli to do pozostałych przykładów już inaczej podchodzę.
Rozumiem, żeby to zdarzyło się w 1-2 przypadkach, ale mam 5 klas pierwszych i w
każdej połowa klasy właśnie tak wymawia. Moja siostra uczy sie w gimnazjum i
też muszę poprawiać po jej nauczycielce.

Także, z całym szacunkiem, dla Pani, ale ja piszę o konkretnych przykładach,
nie generalizuję.Choć patrząc na pewne moje koleżanki, które uczą w szkołach
lub dają korki to mam prawo tak mówić.

Znowu pojawia się zarzut?, jacy to my nie jesteśmy źli itd., bo 'kalamy własne
gniazdo". Ale prawda jest taka,że są tacy nauczyciele, którzy nie nadają się by
uczyć angielskiego, bo go nie umieją. I mam siedzieć cicho, gdy to widzę??
Lepiej zamknąć oczy i udawać, że nic się nie dzieje.

Inaczej pracujesz z prymusami, gdzie
> rywalizacja o średnią zaczyna przesłaniać im właściwy sens nauki, a inaczej z
> grupą dzieci z dysfunkcjami. Jeszcze inaczej z dziećmi nieśmiałymi, które
> starasz sie pobudzić do działania i aktywności na forum klasy, zaś kompletnie
> inaczej z bezstresowo wychowywanymi lub zaniedbanymi przez dom rodzinny
> łobuziakami.

To jest raczej logiczne i wydaje mi się, że każdy nauczyciel wiedzieć to
powinien.

Ja się nie skarżę na zaległości, bo to da się jeszcze przeżyć. Mam dość
poprawiania błędów innych nauczycieli, które chąc nie chcąc utkwiły w głowach
uczniów.

Co gorsze, mam w jednej klasie 2-3 uczniów, którzy nie wiedzą jak jest
dziewczynka czy książka po 3 latach nauki w gimnazjum!!!!!! To już nie
jest 'zaległość' tylko zaniedbanie.

Powracając do głównego wątku: uważam, że niski poziom nauczania jest po części
winą nauczycieli, którym się nic nie chce. Potem takie dziewczynki mają żal do
całego świata, że ta niedobra pani w-fistka kazała im ćwiczyć,a zapisanie
tematu w zeszycie będzie dla chętnych, o ile w ogóle ktoś go przyniesie;/





Temat: Jak pomóc dziecku w nauce?
mi rodzice nigdy nie pomagali w nauce (w czasie mojej 'kariery
naukowej' rodzice 2 razy mi jakoś pomogli - tata odpytywał mnie z
zegara i tabliczki mnożenia) natomiast zawsze ze mną dużo
rozmawiali, czytali mi (dopóki się sama nie nauczyłam, wtedy
podsuwali książki - a w czasach komuny wymagało to wielu poświęceń),
widziałam jak oni czytali i rozmawiali nie tylko o d... Maryni,
zachęcali mnie do nauki, wyrabiając (podświadomie, nie przez teksty
typu 'ona taka mądra a ty taka głupia) głód wiedzy. W związku z tym
uczyłam się zawsze dla siebie a nie dla ocen czy nauczycieli - po
prostu chcąc wiedzieć.
Uczyli mnie również współpracy - w związku z tym zawsze pomagałam
kolegom i koleżankom w tym w czym ja byłam dobra, a oni pomagali mi
w tym, z czym miałam problemy.
Na korepetycje chodziłam tylko w czwartej klasie liceum - a byly to
konwersacje z angielskiego - jeździłyśmy razem z przyjaciółką (żeby
było taniej), a zarabiałam na lekcje udzielając korepetycji dzieciom
z podstawówki.
Z koleżankami kupowałyśmy książki na spółkę (ja jedną, ona drugą) -
wymieniałyśmy się nimi i zawsze szanowałam książki - nigdy nie
rozwiązywałam ćwiczeń w książce (bo wtedy koleżanka nie mogłaby
skorzystać) ale w zeszycie.

W rezultacie moim rodzice, teoretycznie niezbyt wykształceni (tata
po zawodówce, mama po liceum) swoim przykładem, poświęcanym mi
czasem (też nie mieli go dużo, ale za to poświęcali mi go
intensywnie), wyrobieniem we mnie przekonania, że wszystko co robię
robię dla siebie i mojej przyszłej rodziny - jakoś dali mi konieczną
wiedzę i umiejętności.
Również moi przyjaciele z liceum dali mi wsparcie i pomoc, kiedy
tego potrzebowałam, wyrobili chęć i umiejętność rozmowy na wiele
tematów oraz dali przekonanie, że naprawdę warto.




Temat: czytający płynnie czterolatek
Przeczytałam (trochę pobieżnie) wszystkie posty. Wynika z nich, że czytające
przedszkolaki i ich rodzice będą mieli w szkole kłopoty i nie ma na to rady. Coś
w tym jest - grupa w wieku wczesnoszkolnym zdecydowanie nie toleruje odmieńców w
obie strony i nie bardzo jest jak w to ingerować poza pilnowaniem, żeby
dzieciaki nie zrobiły sobie nawzajem za dużej krzywdy. A panie nauczycielki...
zależy na kogo się trafi. Mój syn ( nie geniusz, bo jest już całkiem duży i
wyrósł z niego normalny młody człowiek)płynnie czytał na długo przed pójściem do
szkoły i zdążył przeczytać samodzielnie za dużo całkiem poważnych książek. Po
pierwszym dniu w szkole pani wezwała mnie i zaproponowała przeniesienie do II
klasy, bo jest za mądry, zamiast odpowiadać na pytania jednym słowem, co było
podobno typowe dla 7-latka, odpowiadał czterema zdaniami i w ogóle rozbijał jej
tok lekcji i zamierzenia wychowawcze. Po tygodniu syn stwierdził, że to
nieprawda, że w szkole trzeba się czegoś uczyć i coś umieć, przeciwnie: im mniej
się umie, tym lepiej, a najlepiej w ogóle się nie odzywać. Po dwóch tygodniach
odmówił chodzenia do szkoły. Nie mogłam go przenieść do II klasy, bo bardzo
długo miał kłopoty z prawidłową wymową niektórych spółgłosek, jeszcze w wieku 7
lat ćwiczyliśmy u logopedy, do tego nawet wśród rówieśników był zawsze
najmniejszy w grupie a dla chłopaka to duży problem; aby musiał w szkole czegoś
się uczyć, świadomie nie nauczyłam go pisać pisanymi literami (choć się tym
interesował).
Pani bardzo ubolewała nad tym faktem -"nie można go przenieść do II klasy bo
wykazuje deficyt graficzny". Skończyło się na zmianie klasy na równoległą,żeby
zmienić panią. Aby się nie nudził za bardzo i nie wpadł w samozachwyt po
lekcjach chodził na angielski, na plastykę, na gimnastykę korekcyjną a potem na
zajęcia sportowe i na basen, uczył się grać na instrumencie, potem doszły kółka
przedmiotowe w szkole i zajęcia z informatyki. Chodziłam z nim do kina, na
przedstawienia teatralne i koncerty, zajęcia dla dzieci z Festiwalu Nauki.
Pilnowałam, żeby nie opuszczał żadnych zajęć, żeby odrabiał wszystkie lekcje i
ćwiczenia. W okolicach piątej klasy podstawówki doszłam do wniosku, że mogę już
wyluzować: sam sobie poradzi w szkole i w życiu - i rzeczywiście tak jest (jak
dotąd).



Temat: Żeńska szkoła a feminizm
> Mogą być bez żadnego problemu.

Problemy są. Nawet ktoś mówiący znakomicie po angielsku będzie mieć kłopoty z
opanowaniem naukowego, technicznego języka. Twierdzenie, że wszyscy wykładowcy i
prowadzący ćwiczenia bez problemu będą przekazywać wiedzę, tak samo jak w swoim
narodowym języku, jest zwykłym absurdem.

> Sam sobie poszukaj i oblicz. Przybliżoną metodologię podałem. Ja się namęczę
> nad szukaniem danych, a ty i tak będziesz wychwalał rozrzutny i nieefektywny
> socjalizm. Szkoda mojego czasu.

Namęczysz? Do tej pory nie podałeś żadnego źródła swoich danych, poza krótką
definicją homofobii.
Ale za to ja Ci podam roczne wydatki w Finlandii:
www.oecd.org/document/6/0,2340,en_2649_34515_37344774_1_1_1_1,00.html
Indicator B1

Finowie wydają rocznie ok. 7,5 tyś. dolarów na naukę fińskiego dziecka (od
podstawówki aż do ukończenia studiów)

> Bardzo mało, gdy uwzględni się, że absolwent takich studiów bedzie zarabiał
> przez kolejne kilkadziesiąt lat kilkakrotnie więcej w ciągu każdego roku, w
> porównaniu z osobą, która studiów nie ukończyła.

Przeciętny Amerykanin zarabia 40 tyś. Powiedzmy, że ten ze studiami zarabia 60
tyś. Czteroletnie studia kosztują 80 tyś. A więc minimum rok z kawałkiem zajmie
wyłącznie spłata kredytu (a przecież tak wysokich zarobków nie uzyska od razu,
więc wyjdzie znacznie dłużej). A przecież są inne wydatki...

> Jest to tak dobra inwestycja, że nie ma żadnego uzasadnienia, by ja finansowali
>
> podatnicy, a nie np. udzielający na tę inwestycję kredytu bank.

A ja jestem za tym, by częściowo finansowali podatnicy. Jestem za wprowadzeniem
czesnego, pod warunkiem, że rozbudowany zostanie system stypendiów.




Temat: Cechy autystyczne a autyzm(?)
Moja córka w wieku 3 lat mówiła całymi zdaniami(gadulstwo niestety zostało jej
do tej pory) b.wyrażnie,chodziła tylko po trawie a właściwie biegała jakby
spuszczona ze smyczy,były problemy z myciem głowy (straszny ryk),nie bawiła się
zabawkami (poza książkami króre "czytała"- nauczyła się na pamięć wierszyków a
potem je odtwarzała sama a z boku to wyglądało jakby czytała),miała obniżony
próg bólu, nie sygnalizowała potrzeb np nie mówiła,że jest głodna, czy chce się
jej pić jeśli chodzi o toaletę to nie było problemów, miała słabe napięcie
mięśniowe, często się napinała, machała a właściwie chodziła z rękami
na "motylka",rozumiała polecenia ale mówiła cytatami z książeczek lub z
obejrzanych kreskówek kochała "mówić Shrekiem", nie znosiła nowości,zakup
nowych butów czy ubrań to był horror (zakupy robione były na wyrost),miała
któtkie włosy ,bo nie tolerowała spinek, gumek i innych ozdób (do spinek
przekonała się po tym jak poszła do przedszkola).W wieku 4 lat poszła do
przedszkola i też był horror (po przyjściu siedziała na łóżku, kiwała się,
skrobała książeczki i przez 2 godziny nie było z nią kontaktu),póżniej
przenieśli ją do grupy integracyjnej i zaaklimatyzowała się a nawet polubiła
przedszkole.
Teraz ma 9 lat i chodzi do 2 kl sz.podst.ale też do klasy integracyjnej, uczy
się angielskiego, jeżdzi z klasą na basen, chodzi do MDK na zajęcia plastyczne
i "prawie" zachowuje się jak zdrowe dziecko co siągnęliśmy po 4 latach
psychoterapii nie stosując żadnych diet, nie była poddana SI, sama wymyślałam
jej ćwiczenia w oparciu o Sherborne i Denisona oraz zdrowy rozsądek i intuicję.
Aha jeśli chodzi o naukę pisania to od razu uczyłyśmy się pisać litery i wyrazy
a nie szlaczki i pisałyśmy długopisem a potem był problem bo musiała przestawić
się na pióro i to była klęska (takie stawiała kulfony) więc jako jedyna w
klasie od razu pisała długopisem. W klasie jest lubiana przez koleżanki i
kolegów pomimo swoich dziwactw na dworze też ma swoje koleżanki. "Normalnieje".
pozdr.



Temat: O dredach mówi Karolina Kozak, prezenterka MTV
Będziesz wołać o tolerancję "do puki" ktoś ci nie przyklei gumy
do żucia na czole. Wyburzanie porzuconych budynków i utrzymywanie
porządku w Nowym Jorku też nie spowodowało wzrostu bezpieczeństwa,
ale było elementem akcji "zero tolerancji". Ta akcja pozwoliła
normalnym ludziom bez strachu wychodzić z domu o zmroku.
Ja wiem, że noszenie dredów nie oznacza narkomanii a palenie papierosów
nie implikuje złodziejstwa. Chcę tylko podkreślić, że są to zachowania
niewskazane w gimnazjum, szczególnie gdy wychowawcy i dyrekcja wyrażnie
tego zabraniają. To naprawdę nie chodzi o "zaściankowość" - przecież
ci nauczyciele kończą studia na uniwerku, pracując robią drugi fakultet,
korzystają z Internetu i telewizji. Nauczyciel zawodowo zajmuje się
wychowaniem, o ile rozumiesz, co to oznacza: psychologię na studiach,
szkolenia w czasie pracy, zbieranie informacji przez same rozmowy
z dziesiątkami koleżanek(kolegów) i osobiste doświadczenie przez wiele
lat. Dyrektorem nie zostaje się po roku ani po pięciu latach.
Czy to takie niehumanitarne, żeby oddzielić uczniów, którzy nie umieją
przystosować się do prostych reguł społecznych i oddać ich pod bardziej
fachową opiekę? Można zatrudnić w niektórych szkołach ludzi ukierunkowanych
na resocjalizację, o dużej sile przekonywania. Można ustalić tam luźniejsze
regulaminy, np. pijanego ucznia się nie wyrzuca, tylko wysyła do świetlicy,
wolno palić, byle nic mocniejszego od trawki, uczestnicy bójek będą
uczestniczyć w sesjach terapii przeciw agresji... A zwykłe, szare dzieci
w tym czasie będą zasuwać jak małe samochodziki z religii na fizykę,
a po fizyce na angielski, i na każdej lekcji będzie spokój, bo nauczyciele
nie będą poświęcać czasu indywidualistom. Poptrz na klasę 30-osobową,
kiedy lekcja trwa 45 minut i trzeba w tym czasie sprawdzić listę,
wypełnić rubryczki, odpytać parę osób, strzelić wykład i pogadankę
i zrobić ćwiczenia oraz je skontrolować. Ile to minut na osobę?
W roku szkolnym masz do 40 tygodni nauki - to jest godzina na osobę.
Uczniowie, którzy nie sprawiają kłopotów zasługują na spokój!



Temat: kurs vs korepetycje?! Zadnej pomocy?
Z tego co podaje Instytut Cervantesa AVE może być wykorzystywane przy kursach
tradycyjnych (czytaj: chodzi się na normalne zajęcia), przy "zaocznych" (na
zajęciach trzeba pojawić się kilka razy w ciągu kursu) albo przy samodzielnej
nauce. O szczegółowe informacje dotyczące tego, jak to działa w Polsce należy
się dopytać w samym Instytucie, a namiary odnośnie tego kursu są na
internet.cervantes.es/internetcentros/pdf/45/AVEinfoBANNER.pdf
a.nancy, zgadzam się z Tobą, że przydaje się "żywy" nauczyciel, zwłaszcza na
samym początku. Od ręki poprawi błędy, udzieli odpowiedzi na nurtujące pytania.
Mam jednak wrażenie, że w AVE udało im się jakoś sensownie rozwiązać problem
oddalenia nauczyciela od ucznia. Na poziomie dla początkujących instrukcje są
podobno podawane w języku ojczystym ucznia (a w najgorszym przypadku Instytut
posiada na pewno dostęp do wersji z instrukcjami po angielsku). Można też
pytania tutorowi zadawać po polsku - co oznacza, że ma się jakiegoś tutora i
nie powstaje bariera nie do przebycia. Kurs nie jest samouczkiem na komputerze,
przykładowe zadania są tylko fragmentami kuru i przedstawiają konkretne
zagadnienia. Na stronie głównej AVE można znaleźć odnośnik z prezentacją kursu,
niestety nie jest ona interaktywna.

annielika, przykłady ćwiczeń są bezpośrednio zaczerpnięte z kursu, znaczy -
autentyczne. Jak to dokładnie wygląda w praktyce, niestety nie mogę
odpowiedzieć, bo nie znam rezultatów testów na "żywej tkance mózgowej". W
dodatku to dość nowy patent w Polsce i ciężko mi ocenić skuteczność takiej
nauki. Pewnie dużo zależy od pracy własnej. Ludzie z Cervantesa na pewno
powiedzą coś bliżej. Tak w ogóle to główna strona tego kursu to
ave.cervantes.es/. Informacje podane są w kilku językach, więc sobie
poradzisz ze znalezieniem tego co Cię interesuje.

A z całkiem fajnych rzeczy na stronie Cervantesa jest jeszcze kurs dla dzieci
Mi mundo en palabras. cvc.cervantes.es/aula/mimundo/ Trzeba kliknąć na
globus, a potem można się bawić.



Temat: sama nie wiem:(
Ese1,

Na Twoim miejscu bym zrezygnowała z wizyt u tego logopedy. Takie straszenie może
więcej dziecku zaszkodzić podważając jego wiarę we własne możliwości, niż pomogą
wszystkie ćwiczenia językowe.

A co do poziomu nauczania języka niemieckiego w Bawarii to nie wydaje mi się
znowu taki wysoki. Mój małżonek uczęszczał tam do szkoły podstawowej, potem do
gimnazjum ekonomicznego, a potem skończył tamtejszą politechnikę. Doktorat
zrobił już w Anglii. Znajomość historii powszechnej jest u niego zerowa.
Znajomość literatury niemieckiej jaką wyniósł ze szkoły jest bardzo pobieżna. W
gimnazjum na lekcjach niemieckiego nie czytano żadnych pozycji z literatury
światowej. Owszem czytał coś z literatury angielskiej na lekcjach angielskiego.
Na lekcjach francuskiego nigdy nie doszedł do poziomu by czytać książki w
oryginale, wiec żadnych francuskich książek w szkole nie czytał. W gimnazjum
klasycznym dzieci zapoznają się z literaturą grecką i łacińską w oryginale.
Jeśli jednak nie uczysz się tych języków to przez cała karierę szkolną nie
przeczytasz ani jednej pozycji starożytnej. Co do nauki literatury niemieckiej
to mój mąż nie musiał przez cała karierę szkolną przeczytać ani jednej książki
Tomasza Manna!!! W ogóle lektur obowiązkowych miał bardzo mało. Wierszy na
pamięć nie uczył się prawie żadnych. To ja go zapoznałam z Dürrenmattem.

Co do czytania książek na głos. Oczywiście czytaj po polsku. To pomoże Twoim
dzieciom w nauce czytania po polsku, po niemiecku i po francusku. Czytanie na
głos przyzwyczaja dzieci do śledzenia wątku narracyjnego opowiadania, zapoznaje
ze słownictwem nie używanym na co dzień i z bardziej skomplikowanymi
konstrukcjami gramatycznymi. Język w jakim się czyta jest mniej ważny niż sam
fakt czytania.

k.bazylejska

Jaś 12.2002 Klara 02.2007 niemiecki, polski, angielski



Temat: do mam "niemieckich" czwartoklasistow
Mamusia 1999 :)
Nie taki diabel straszny jak go maluja. )))
Moja corka chodzi do 6-ej klasy Gymnasium i radzi sobie bardzo dobrze . Owszem
uczyc sie musi ,samo nie przychodzi ,ale ma jeszcze czas na sport , nauke gry na
instrumencie i spotykanie sie z kolezankami.Syn mojej kolezanki obija sie jak
moze (Nur das Nötigste) kolysze sie miedzy 3-4 (wg niemieckiego systemu ocen) ,
jemu to wystarcza.
Moja corka jest ambitniejsza.

Owszem leca dosc szybko z programem ,ale bez przesady , da sie przezyc .
Pierwsze polrocze jest ciezkie ,bo dziecko musi sie troche przestawic , (wy
zreszta tez ) .Nauczyciele wiecej zadaja do domu , trzeba cos doczytac , slowka
z angielskiego regularnie wkuwac ,ale w drugim polroczu jest juz bardziej
spokojnie. Przed klasowkami trzeba sie poduczyc ,a ogolnie tylko prace domowe ,
czasem jakis plakat , referat itp.Co w niemieckiej szkole sredniej jest bardzo
honorowane to jest czynne uczestnictwo w lecji. To znaczy jak uczen tylko siedzi
i "udaje" ze slucha to dostanie nizsza ocene ,nawet jesli z klasowki dostaly
bardzo dobra ocene. Dziecko musi sie zglaszac ,samodzielnie myslec ,wymyslac
rozne mozliwosci dojscia do celu. Co mi sie podoba ,to to ,ze wiekszosc dzieci
,ktore znam (niemieckich) maja bardzo duze poczucie wlasnej wartosci ,czego
czesto polskim (czasem przestraszonym ,zahukanym) dzieciom brakuje.

Jestem zdania ,ze szkoda by bylo twoja core poslac do Realschule ,bo to tak
jakbys poprzeczke zanizala ,a po co ??
Poradzi sobie ,tym bardziej ,ze widze ,ze ty sie tez interesujesz i nie bedzie
sobie chodzila "samopas". Czasem bowiem trzeba dziecku przypomniec ,
przynajmniej ja mam taki "egzemplarz" w domu.

Jesli moge ci cos polecic to kup jej te cwiczenia :
www.amazon.de/f%C3%BCrs-Gymnasium-Deutsch-Entscheidungshilfe-weiterf%C3%BChrenden/dp/3880107858

....niech je wypelni samodzielnie i zobaczysz czy ma jakies braki.

;o)
Koko

P.SCzytalam kiedys ,ze niemieckie podstawowki sa na nizszym poziomie niz polskie
,za to gimnazja niemieckie na wyzszym. Wiec az tak zle nie jest.




Temat: nauka literek
Witam,

W czasach mojego nie tak znowu odległego dzieciństwa przedszkolaki zajmowały się zabawą, śpiewaniem, tańczeniem, gotowaniem, malowaniem i rysowaniem szlaczków. Nauka pisania i czytania zaczynała się dopiero w raz z pójściem do szkoły podstawowej w wieku lat siedmiu. Po skończeniu pierwszej klasy wszystkie dzieci jako tako czytały. Jedne lepiej, inne gorzej, jedne płynnie, inne wciąż dukając, ale wszystkie czytały. Potem dopiero w klasie drugiej zaczynała się żmudna nauka ortografii.

Tym z Was, które mieszkają w kraju anglo-saskim, lub mają dzieci w międzynarodowej szkole z językiem angielskim warto sobie uświadomić, dlaczego nauka czytania zaczyna się tu tak wcześnie. Bowiem po angielsku nie wystarczy nauczyć się literek i kilku reguł jak je się łączy i już się umie czytać po roku nauki. Nauka czytania polega tu na uczeniu się całych słów. Oczywiście trzeba znać literki i trzeba znać wiele reguł, dzięki którym w większości przypadków można z dużym prawdopodobieństwem zgadnąć jak się co czyta, ale bardzo wielu słów dzieci uczą się po prostu na pamięć. A na to potrzeba czasu i pomocy ze strony rodziców. To trochę tak jak nauka czytania po chińsku (-:

Mój pięcioletni syn jest na etapie nauki czytania po angielsku w swojej angielsko-niemieckiej szkole. Do nauki szkoła wykorzystuje rodziców. Jaś ma specjalną listę ze słowami do nauczenia się na pamięć. Codziennie wieczorem mój mąż przerabia z nim cała listę. Obecnie jest tego coś ze dwadzieścia słów. Dodatkowo dostajemy raz w tygodniu książeczki do nauki czytania w których występują tylko te słowa, których dzieci się dotąd nauczyły. Jaś jest wstanie przeczytać taką specjalnie spreparowaną książeczkę, ale oczywiście żadnej normalnej książki. Pod koniec roku dzieci mają znać 50 słów. Nie wiem czy tempo 50 słów na rok ulegnie przyspieszeniu w następnych klasach. Wiem jednak, że nie szybko mój syn będzie umiał czytać po angielsku.

Ja nie mam zamiaru uczyć pięcioletniego dziecka, czytać po polsku. Jak na razie nauczyłam go tylko napisać Jaś, bo w szkole nauczyli go pisać Jan. Wiec teraz Jaś swoje rysunki podpisuje "Jaś Jan", tak żeby wszyscy byli zadowoleni - i pani i mama. Czekam, aż go nauczą podstaw czytania po niemiecku. Niemiecki jest bowiem taki jak polski. Trzeba się nauczyć literek i kilku reguł i już się umie czytać. W jego szkole w klasie niemieckiej jak na razie dzieci uczą się tylko alfabetu. Naukę czytania zaczną dopiero za rok. Dopiero jak zobaczę, że Jaś nauczył się jako tako czytać po niemiecku, zabiorę się do intensywnej nauki czytania po polsku. Wystarczy będzie wtedy po prostu wytknąć różnice miedzy polskim i niemieckim, i nauczyć kilku dodatkowych liter z ogonkami i kreseczkami, i ćwiczyć, ćwiczyć, ćwiczyć.

Co więcej w polskiej szkole do której Jaś chadza w soboty, też nie przymierzają się jeszcze nawet do nauki czytania.

pozdrawiam

k.bazylejska

Jaś (12.2002) Klara (02.2007) niemiecki, polski, angielski



Temat: Pro Futuro niepubl.szk.podst. Pilne
Długo by pisać, ale ja zabrałam moje dziecko i baaardzo sie ciesze, miałam dośc
i nie dla tego, że były dodatkowe koszty, lista zarzutów jest długa:
1. dzieci nie sąpilnowane, każde dziecko moze wyjśc od 1 klasy samo poza teren
i do domu i nikt o tym nie wie z nauczycieli, do szkoły też moze wejść kazdy,
bo wysyłałam tam osoby obce, które odbierały moje dziecko 1-szy raz i nikt tego
nie zauważył, dziecko wyszło z "ciocią" i tyle...
Opieka jest po 17 płatna i to dużo, a dziecko nie ma w tym czasie opieki ani
zadnych zajec, poprostu siedzi w budynku, ale fakturkę sie za to dostaje
2. Nic sie od dzieci nie wymaga, jak nie chce cwiczyc na wf to może i pół roku
nic nie robić, butów w zimę nie muszą zmieniac, zeszytu czy ksiązki jak nie ma
też pryszcz, rodziców sie o tym nie informuje!Na basenie też moze nie pływac
kiedy chce i wtedy samo dziecko łazi po całym WAT bez opieki (w zime jest już
ciemno, a obcych tam pełno)
3. Najwiecej uwagi przykładają nauczyciele do tzw. czesci artystycznej typu
imprezy charytatywne, zapraszanie ciekawych osób do szkoły , koncerty itp. ale
nie bardzo dzieciom to służy, a na naukę ciągle nie ma czasu (wiecej godzin niż
w państwowej szkole, ale nie wyrabiają...program realizowany czesto z
opóżnieniem)
4. angielski-codziennie, niby super, ale po roku intensywnej nauki dziecko z 6
nie umie powiedzieć ile ma lat, ani nie rozumie prostych poleceń.
5. spóżnianie sie prawie w modzie, są niby karty magnetyczne, bajery-rowery,
ale to nic nie działa, nie ma to wcale zastosowania, ot taki bajer i tyle.
6. Dzieci są w chaosie, dezorganizacja im sie udziela, nie uczy sie ich
porządku, organizacji pracy, systematyczności, skupienia, no nic!

Zmieniłam dziecku szkołe i jestem w szoku, jak to może wyglądac, wszystko ma
swoje miejsce, swój rytm, moje dziecko nareszcie wie co zadane, co przyniesc do
szkoły, bo to wszystko jest wczesniej zaplanowane i zapisane (w PRo futuro o 17
w pn. mówili że na 8.30 we wtorek trzeba przynieść materiały np. plastyczne),
tu w nowej szkole wiadomo tydzień wcześniej.

Najgorzej jestem zła, bo PF z wyglądu i obiecanek jawiła mi sie jako szkoła z
marzeń, a obecna szkoła mojego dziecka zniechęcała mnie wówczas lokalizacja,
wyglądem zewnętrznym, ale czymże jest ładnasalka w porównaniu z brakiem
fachowej opieki i bezpieczeństwa naszych dzieci, pomyslmy!!!
Ja zrobiłam ogromny błąd decydując sie na PF, w pore zmadrzałam, ale byli
madrzejsi, którzy zabrali dzieci po kilku tygodniach, ja dałam kredyt zaufania
i zawiodłam sie, szkod tylko mojego dziecka, że musiało zmieniac szkołę i
mojego dużego zaangazowania w poprawe PF.
Chętnie udzielę dodatkowych inf. jeśli się pojawią jakieś wątpliwości, żal mi
państwa i dzieci, które mialyby w to brnać!



Temat: skuteczne nauczanie- język angielski
skuteczne nauczanie- język angielski
czy można skutecznie nauczać języka na bazie gramatyki i słówek ?

to jest niemożliwym ze względu na funkcję , którą spełnia język .
język jest przybliżoną wersją rzeczywistości , niedoskonałym
odwzorowniem realu . nie istnieje chociażby z tego względu
gramatyka generatywna . gramatyka nie pełni nadrzędnej roli
w używaniu języka - język nie powstaje na bazie gramatyki ale
pragmatyki komunikowania się między ludźmi . język koduje
wiedzę wszystkich generacji używającej ten język .

niejednokrotnie można spotkać uczących się angielskiego , którzy posiadają
szeroki zasób słów , znają gramatykę a nie potrafią ani powiedzieć ani
napisać jednego poprawnego zdania po angielsku , chyba że to zdanie które
potrafią tylko napisać wykuli na pamięć w jakieś sytuacji , którą
się nauczyli . stosują zły transforamcję informacji , chcąc przekształcić
wersję opisu rzeczywistości z języka polskiego na angielski - tak ludzki
umysł po prostu nie myśli . ponadto gramatyka opisuje około 20% uzwyanych
struktur języka angielskiego .

język angielski nie stanowi tworu budowanego na języku polskim .
jest tworzony na potrzebę społeczeństwa do odwzorowania rzeczywistości
i komunikowania się - to samo odnosi się do języka polskiego .
po polsku przed posiłkiem powinniśmy powiedzieć "smacznego"-
nie da się tego powiedzieć po angielsku , bo to znaczyłoby
że ktoś musi mieć dobry apetyt , by to zjadł , to co ma na talerzu .
nie da się po amerykańsku bezpośrednio opisać następujący dialog:

A:"gdy poszłem.."
B:"nie mówi się poszłem , tylko poszedłem..."

bo to u nas wypady poprawić mówiącego niepoprawnie , a u nich to
brak kultury .

nie można użyć "it" w stosunku do dziecka , bo może to i było
kiedyś gramatycznie( wg polskich podręczników ) , ale kończyło
jakikolwiek relacje z matką tego dziecka . nawet na psa , który
ma imię , lepiej zapytać się o imię niż uzwyać bezpłciowego "it".

użycie zaimka zwrotnego nie ma takiego samego zastosowania w języku
polskim jak w angielskim .

owszem powyższe można ująć w reguły gramatyki - ale ujęcie wszystkiego
to byłyby opasłe tomy na temat teorii języka angielskiego .

po angielsku coraz rzadziej się słowa "translator" a częsciej "intepreter" ,
żaden tłumacz nie przetłumaczy tekstu z polskiego na angielski ,
jeżeli nie rozumie koncepcji prezentowanych w tekście - mimo że
może znać wszystkie słowa i znać doskonale gramatykę .

ważnym jest nie co angielskie słowo reprezentuje w języku polskim , ale
co reprezentuje w realu .

nieskuteczne nauczenie zniechęca - wcześniej lub później uczący się metodą
"słówka-gramatyka" , jeżeli w końcu nauczył się angielskiego , to musiał
sam poznać inną metodę . nie każedmu jednak wystarcza cierpliwości i
nie każdy nawet po wieloletnim praktykowaniu matody "słówka-gramatyka"
znajduje samodzielnie skuteczną metodę . ponadto każdy uczący się
angielskiego chciałby użwywać go w mowie - to jest niemożliwym bez
treningu słuchu w rozpoznawaniu fonów . bez ćwiczenia słuchu , uczeń
nawet po 15 latach nauki języka ( podziwiam wytrawłość ) będzie słyszał
bełkot ze strony mówiącego po angielsku i nie będzie w stanie rozpoznać
prostych słów , które "poznał" metodą "słówka-gramatyka" .




Temat: nauka 3 języków jednocześnie?
"Cwiczenie czyni mistrza"
agnieszeeek napisala:

> Według mnie jeden z języków trzeba opanować lepiej niż poprzednie

Lepiej juz opanowal polski.

> bo potem może się to mylic

Przy przechodzeniu z jednego obcego jezyka na drugi zazwyczaj sie zawsze myli.
Mnie przeszlo gdy pracowalem w Anglii z Niemcami. Nie mialem do kogo sie
odezwac po polsku. Myslec musialem w obcych jezykach.

> kiedyś próbowałam angielski i niemiecki ale słówek, których chciałam
powiedzieć
> po angielsku nie znałam i cisnął się na usta niemiecki i odwrotnie.

Ja mam inne doswiadczenie. Francuzi gdy zorientuja sie, ze dobrze ich rozumiem
mowia po francusku a ja im odpowiadam po angielsku. Dla obu stron wygodniejsze.
Ja francuskiego nie opanowalem czynnie w stopniu dostatecznym. I nie mam takiej
potrzeby.

> lepiej znać jeden język lepiej i potem startować z nauką innych

Nauka jezykow jest niekonczacym sie procesem. Jak znasz ich 12 to musisz sie
ich uczyc rownolegle 12.

> nie jest to takie proste i wymaga dużo wysiłku i determinacji.

Jest to ogolne stwierdzenie dotyczace uczenia sie w ogole. Nie ma zwiazku z
rownolegla nauka jezykow. Przy nauce jezykow slowianskich przydatne jest pewne
historyczne wyczucie i odnoszenie sie do dawnych podobienstw jezykow - slow,
ktore wyszly z uzycia. Zapewne dlatego na filologiach ucza na poczatku staro-
cerkiewno-slowianskiego. Rownolegla nauka gwaltownie przyspiesza rozumienie
obcych tekstow. Natomiast moze sprawiac trudnosci w samodzielnym wyrazaniu
swoich mysli. Poniewaz znajomosc polskiego jest podstawowa przeszkoda wiec same
obce jezyki slowianskie nie sa juz tak ze soba konkurencyjne. Rownolegla nauka
moze zaostrzac czujnosc. Uczacy sie moze nie usilowac mowic po polsku udajac
przykladowo rosyjski, co jest bardzo czestym sposobem robienia sobie zludzen.

Co do podrecznikow to chyba nie mam pocieszajacych wiadomosci. Kazdy autor
dostosowuje sie do rynku. Podreczniki chorwackiego najszybciej beda dla
Anglikow, potem dla Niemcow, Rosjan itd. Gdy szukalem podrecznikow do czeskiego
w internecie to najatrakcyjniejsza dla mnie okazala sie oferta po niemiecku
(przeceny). Musisz wiec sam ta droge przecwiczyc pod swoje potrzeby i
mozliwosci. Zakupy przez internet to juz normalnosc. Dodaj do tego satelitarna
telewizje i radio, a kontakt z jezykami gwaltownie bedzie latwiejszy. Niestety
przyslowie "Cwiczenie czyni mistrza" na wieki pozostanie aktualne. Czytalem
wlasnie artykul w "Rzepie" o homo erectus. Ponoc nie byl w stanie mowic bo za
szybko konczyl mu sie wzrost mozgu. U homo sapiens rosnie kilkanascie lat bo
tyle potrzeba do nauki mowy. Przez te lata dzieci powtarzaja (wkuwaja) slowka
po miliony razy. Dotyczy to zasobu slownikowego od minimum 4000 do miliona
slow. Ponadto nikt dzieci nie uczy gramatyki. Mowi sie odruchowo. Wypowiedzi
slowne zawieraja zazwyczaj 50 procent bledow. Totez cudzoziemiec nie musi sie
obawiac osmieszenia bledami. Gdy blad przeszkadza w zrozumieniu to nastepuje
sprzezenie zwrotne. Trudniejsze jest poslugiwanie sie pismem. No ale tu zycie
wspolczesnie ulatwiaja znacznie komputery.

Wspolczesnie istnieja "podreczniki" pozwalajace sie nauczyc jezyka minimum.
Zamowic hotel, posilek w restauracji i dojechac na lotnisko. Taka znajomosc
jezyka pozwla na ewentualny wyjazd i nauke na miejscu "w lozku" z "native
speaker". Kazdy potwierdzi, ze to najlepsza metoda nauki. Kobiety maja
naturalna umiejetnosc uczenia jezyka. Sluzy to ich dzieciom. Maja cierpliwosc
przy poprawianiu. Nie wiem jednak jak rownolegle zrobisz to z trzema jezykami.
Z niecierpliwoscia czekam na ewentualna relacje.

Istnieje pewna konkurencja pomiedzy intensywnoscia nauki jezykow a iloscia
czasu jaki mozna na to poswiecic. Kiedys uczylem sie jednego jezyka prawie
szesc godzin dziennie. Na trzy wypadloby w takiej sytuacji 18 godzin a na sen
jedynie 6. Po pol roku gwarantuje to potrzebe pomocy psychiatry. Jezeli
poswiecisz na kazdy jezyk 1 minute dziennie to nauczysz sie po 1000 lat.
Powodzenia.




Temat: Jakie buty do szkoly?
fogito napisala:

> Co to znaczy, ze polskie litery to bulka z maslem? Przeciez to ten
sam alfabet i litery pisane wygladaja podobnie.

No nie wiem, czy tak podobnie. Ja nie potrafie pisac amerykanska
kursywa, choc fakt, ze nigdy sie jej nie uczylam :P W kazdym razie
na oko wydaje mi sie trudniejsza:
www.cs.virginia.edu/~wh5a/personal/cursive.gif

Kupilam malemu zestaw do kaligrafii w
> Stanach i uczy sie jej odkad skonczyl 3 lata. Podobnie zreszta juz
> zaczal uczyc sie kaligrafii w przedszkolu rok temu. Trzecia klasa
to chyba dosc pozno na nauke pisania.

I znowu nie zrozumialas. Dzieci ucza sie pisac juz w przedszkolu, a
najpozniej w zerowce, pewnie uzywajac podobnych zestawow, jak twoj
syn. Ale ucza sie pisac liter "drukowanych", ktore ksztaltem
przypominaja alfabet drukowany wlasnie, bez ogonkow i upiekszen. W
trzeciej klasie ucza sie pisac kursywa, ktora dla mlodszych dzieci
jest zwyczajnie za trudna. Pamietaj, ze tu przecietny
trzecioklasista jest rok mlodszy od tego w Polsce. Mam w rodzinie
chlopca, ktory uczyl sie w prywatnej, "prestizowej" szkole, gdzie
miano ambicje uczyc kursywy pieciolatkow. Maly sleczal nad literkami
godzinami, a i tak nijak nie dalo sie odczytac, tego, co niby
przepisal. A z rysowaniem i szlaczkami nie mial zadnych problemow.

> A poza tym kursywa to pismo pochylone a kaligrafia to sztuka
> starannego pisania i wcale nie musi byc ono pochyle.

Wiedzialam, ze sie do tego przyczepisz, dlatego napisalam "cursive"
po angielsku i wyjasnilam, ze to tutejsze literki pisane. Wczesniej
dzieci uzywaja "block letters" (czyli tych prostych, niby
drukowanych). To nie moje nazewnictwo, wiec chyba nie mi powinnas
tlumaczyc :P A pisalam o kursywie w kontekscie kaligrafii, bo wtedy
starannosc ma najwieksze znaczenie.

> To nie sztuka dla sztuki, tylko doskonale cwiczenie koordynacji
reka-oko, ktora bardzo jest potrzebna w rozwoju dziecka i dlatego
dzieci powinny sie uczyc pisac i rysowac jak najwczesniej.

Nie wspominalam o rysowaniu ani nawet o pisaniu jako takim, tylko o
kaligrafii, ktora, jak bylas uprzejma mi wyjasnic :D, jest nauka
pisania starannego i o zwiazanych z nia zmudnych cwiczeniach. I o
ile rozumiem sens i cel tych cwiczen, za zbedne i czesto szkodliwe
uwazam ich ocenianie.

> Hmm... Mam nadzieje, ze dyktanda jednak sa w jakis szkolach.

Hmm... nie sadze :) Ale moge sie mylic.

> > pojecia, co to znaczy zakuc, zaliczyc, zapomniec.
>
> taka opcja to chyba z czasow studenckich...

Alez nie. Przez cala podstawowke mialam watpilwa przyjemnosc miec
pania od historii (!), ktora do kazdej lekcji podawala notatki,
podzielone na punkty, podpunkty, myslniki, itd. Na klasowkach
wymagala odpowiedzi w dokladnie takiej samej formie. Za przejaw
myslenia w postaci przestawienia poznanych zdarzen we wlasnych
slowach mozna bylo dostac co najwyzej troje. Owa pani nadal uczy w
tej samej szkole, a szkola ma opinie najlepszej w miescie :)
Powaznie watpie, ze zmienila metody nauczania, skoro przez
poprzednie 20 lat nie czula takiej potrzeby.



Temat: Nauka angielskiego samemu
da radę a książki nie są tu najważniejsze, w
każdym razie, nie tylko majważniejsze.

Moja rada jest prosta: stworzyć sobie
medialne środowisko totalnie w obcym języku
- wyłącznie obcojęzyczne gazety, czasopisma,
TV, filmy, radio, internet - nic po polsku.

Kilka tysięcy słówek można naprawdę w miarę szybko się nauczyć;
owszem to nie jest kwestia dni ale i nie lat - w zależności
od wieku, zdolnosci itp. idzie o tygodnie czy miesiące.
To nie jest problem ale co z tego wynika dla praktyki?

Bardzo ostrożnie odnosiłbym się do statystycznych
oszacowań dotyczących np. 95% rozumienia tekstu.
Jest wiele dość krytycznych sytuacji, krótkich
zdan, gdzie nieznajomość pojedynczego słowa staje się
problemem i może prowadzić do nieporozumień.

Reklamy obiecujące nauczenie się języka w parę tygodni
to mit prowadzący do rozczarowań. Krótkie oszacowanie:
Dziecko uczy się języka szybko, przede wszystkim
dlatego, że godzinami i codziennie pozostaje
w tym środowisku językowym, bez żadnych zachamowań
i ma do opanowania dość prosty zasób słów
i gramatyki (np. dla kilkulatka) ale nawet wtedy,
powiedzmy od 2-go do 7-go roku życia
ma za soba, skromnie licząc kilka godzin dziennie,
ok. 10 tysięcy godzin kontaktu (nauki) z językiem
(6 lat= ok. 2000 dni).

Dorosły człowiek ma nie tylko same wady
w porównaniu z dzieckiem ale jakby nie liczyć
owej bariery kilku tysięcy godzin efektywnej
nauki nie da sie wziaść jednym skokiem.

Nie spotkałem jeszcze nikogo kto zna obcy język
bez 5000 godzin nauki (obojętnie w jakiej formie
a ta "szkolna" nie należy do najefektywniejszych).
Podkreślam, że pod pojęciem "zna" rozumiem
faktycznie "znanie" sprawdzone w praktyce
za granicą, umożliwiające normalne życie i funkcjonowanie
np. w swoim zawodzie a nie jąkanie się i kaleczenie,
choćby poświadczone najlepszymi ocenami ze szkoły.

5 tysiecy godzin to mnóstwo czasu. Pół godziny dziennie
to 10 tysięcy dni a więc gdzieś ćwierć wieku. Owszem,
godzina c o d z i e n n i e da po 10 latach
pożądany efekt ale to i tak wielki wysiłek,
jeśli mieszka się w Polsce, bo przecież są weekendy,
urlopy, choroby itp.

Tak, jeśli ktoś chce jedynie opanować fragment języka
to może to zrobić szybciej, wybierając jeden z etapów:

1. Umiejętność czytania (z tym jest najprościej, bo
można się podeprzeć słownikiem, czy elektronicznym
mazakiem-skanerem i czytać wolniej bądź szybciej.
2. Umiejętność pisania - tu jest trochę trudniej,
bo potrzeba znacznie więcej gramatyki ale
też jest słownik + czas.
3. Umiejętność mówienia - jeszcze trudniej,
odpada słownik i możliwość manipulowania
czasem ale można uzbroić się w zasób
zwrotów na róńne okazje i nimi operować
aby powiedziec co się chce, choć niekoniecznie
tak j a k się chce.
4. Bardzo często umiejetność rozumienia innych w obcym języku
okazuje się najtrudniejsza - ludzie mówią normalnie
a więc nie - wolno i dużymi, drukowanymi literami,
tylko szybko, nawet bełkotliwie, dialektem, z błędami.

Co polecam?
Po opanowaniu z grubsza punktu 1.
nie przejmować się zbytnio punktem 2. (korzystać
z oprogramownia dokonującego korekty błędów).

Przejść do punktu 3. i próbować mówić do
siebie (w myślach) w obcym języku - owszem nikt
nas tu nie skoryguje ale odkryjemy swoje luki
i przygotujemy sobie własny zasób zwrotów na różne
okazje, nawet jeśli z błędami to przynajmniej
powiemy to szybko, a jeśli nie wykonamy tych
ćwiczeń to i tak w praktyce popełnimy gorsze błędy
tyle, że o wiele mniej płynnie.

Jak opanować punkt 4.? Uważam za znakomitą
metodę oglądanie (najlepiej ulubionych)
filmów w wersji oryginalnej (DVD) ale koniecznie
z podpisami w wersji oryginalnej (np.
angielski film z angielskimi podpisami,
wtedy jest duża szansa, że są one 1:1 równe
tekstowi mówionemu); wersja oryginalna z
polskimi podpisami daje o wiele mniej
a bez podpisów uczący się języka niewiele
zrozumie...

Tyle uwag strategicznych a szczegóły
typu jak się uczyc, "same"
ci się ułoża, jeśli podejdziesz do
sprawy długofalowo i systematycznie.
Efekty osiągniesz wówczas murowane i gwarantowane
ale nie obiecuję cudów tylko "krew, pot i łzy".
Czy warto? Odpowiedź należy do Ciebie.




Temat: Prywatna Szkoła Podstawowa nr 41 p. Jopka
Bardzo dziekuje za Pani list. Mam swiadomosc, ze opisywane przeze mnie
sytuacje sa tak straszne, ze az nieprawdopodobne, ale mam nadzieje, ze dolacza
tu do mnie inni rodzice z tej szkoly i opisza, jak oni postrzegaja stan rzeczy.
O prawdziwosci opisanych sytuacji jestem gotowa zaswiadczyc nawet przed sadem,
w kuratorium, etc. Jesli chcialaby Pani porozmawiac ze mna bezposrednio,
chetnie podam nr tel. O tej szkole duzo osob mowi straszne rzeczy po cichu,
bojac sie, aby ich dzieci nie usunieto. Wiekszosc osob wozi tam swoje dzieci ze
wzgledu na duza liczbe godz. angielskiego tygodniowo (8). W tej szkole w miare
dobrze funkcjonuja dzieci bardzo spokojne i zdolne. Dzieci zbyt ruchliwe,
aktywne, czy majace problemy z nauka sa zachecane do zmiany szkoly
niewybrednymi slowami. W szkole tej nie ma zadnego psychologa. Na ostatnim
spotkaniu rodzicow proponowalismy dyrektorowi (z powodu zastrzezen, co do
niektorych zachowan wychowawczyni), ze zaplacimy za dodatkowego nauczyciela
wspomagajacego, psychologa lub jakiegos mediatora. Odpowiedz byla ostra: "W tej
szkole nie bedzie zadnych osob trzecich, jesli ja mowie ze jest dobrze, to
znaczy, ze jest dobrze.". W szkole nie slyszalam tez oczywiscie o zadnym
szkolnym pedagogu, slyszalam natomiast, ze kilku rodzicow bylo juz na
konsultacjach u psychologa ze swoimi dziecmi, slyszalam tez, ze dzieci boli
glowa lub brzuch, gdy maja isc do szkoly. O zadnej Radzie Rodzicow w tej szkole
nie slyszalam. Jesli takowa jest to jest to cialo calkowicie pasywne. Jesli
chodzi o inne Pani pytania, to nie podpisywalismy zadnego statutu szkoly. Przy
przyjeciu dziecka podpisywany jest jedynie rodzaj formularza zgloszenia dziecka
do tej szkoly i deklaracja, ile zobowiazujemy sie placic. Jesli chodzi o pomoc
dzieciom z dysfunkcjami, to w kl. I jest jedno dziecko nadpobudliwe i nie
otrzymuje ono zadnej pomocy od szkoly. Jest wciaz karane, sprowadzane do
dyrektora na rozmowy i uspokajane i do tego sprowadza sie "pomoc". Ten chlopiec
czesto placze, a inne dzieci na to patrza i ucza sie, ze taki jest wlasnie
prawidlowy sposob zalatwiania spraw. W tej szkole obowiazuje "system superow",
ktory polega na tym, ze kazde dziecko rozpoczyna kolejny miesiac z saldem 20
(jesli sie nie myle co liczby "wyjsciowej") superow. Za kazda najdrobniejsza
nieprawidlowosc zachowania jest zabierany super, a za kazda pozytywna rzecz -
dawany. Jeden z chlopcow dowiedzial sie, ze jesli w kolejnym miesiacu jego
saldo superow spadnie ponizej 10 - zostanie wyrzucony. Taki system powoduje
paradoksalne sytuacje: dzieci zdolne zaczynaja kalkulowac, jak zglaszajac sie
na lekcji, czy dobrze robiac cwiczenia moga kompensowac straty superow za
zachowanie. Nie mysla przy tym oczywiscie o istocie problemu, za ktory super
zostal odebrany, ale o "przezyciu", czyli zachowaniu wlasciwego salda. Supery
sa zabierane za odwrocenie na lekcji, wyjecie maskotki na lekcji (zreszta pani
od angielskiego niedawno stwierdzila, ze zabawki dzieci tak bardzo jej
przeszkadzaja w lekcji, ze zapowiada, ze jesli ktores wyjmie na jej lekcji
zabawke, chodzi tu szczegolnie o metalowe zabawki chlopcow, np. samochodziki,
czy modne ostatnio zetony z chipsow, to ona zabierze takie zabawki do konca
roku. Ta sama pani odbiera supery za niepotrzebne przyniesienie na lekcje
dodatkowych ksiazek, o ktore nie prosila). Co do sukcesow szkoly, to jesli
chodzi o poziom nauki, to wydaje mi ze istotnie jest wysoki i to powoduje, ze
rodzice bardzo chca zeby ich dzieci wlasnie tam chodzily. Ale druga strona tego
samego medalu jest taka, ze wysokie wyniki w testach szostoklasistow wynikaja z
tego, ze w ogromnej wiekszosci sa to dzieci z rodzin inteligenckich, o ktorych
rozwoj rodzice bardzo dbaja oraz z tego, ze dzieci z problemami w nauce lub
zachowaniu sa eliminowane ze szkoly tak wczesnie jak sie da. W swoim liscie nie
mialam na mysli traktowania dzieci po partnersku - chodzilo mi o traktowanie
rodzicow jak partnerow, a tego w tej szkole na pewno nie ma. Pyta Pani, jakiego
przedmiotu uczy dyrektor. Jest on bylym pastorem (chyba Zielonoswiatkowcow) i
ma czasem jakies lekcje biblijne. Jest to w ogole paradoks, ze osoba gloszaca,
ze szkola ma profil chrzescijanski, zachowuje sie nie tylko nieetycznie, ale
wrecz niechrzescijansko w stosunku do dzieci i ich rodzicow.



Temat: paczatki nauki (problemy z 7latka)
Witam,

Było już kilka dyskusji na temat nauki czytania i pisania.

forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=37229&w=78014177&a=78014177
forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=37229&w=69955964&a=69955964
forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=37229&w=74974267
Ja na tym forum wypowiadałam się już kilka razy przeciwko uczeniu dzieci czytać i pisać we wczesnym wieku trzech czy pięciu lat. Zarzekałam się nawet, że mojego pięcioletniego syna (obecnie już pięć i pół) uczyć czytać i pisać po polsku jeszcze nie będę. Przy ostatnim pobycie w Warszawie w kwietniu nie strzymałam jednak i kupiłam kilka zeszytów dla przedszkolaków: jeden do nauki cyferek i dwa do nauki literek. Zeszyty są kolorowe, mają nalepki (wielka atrakcja dla mojego syna) i przewidziane są dla wieku 5-7 lat. Co pewien czas podtykam mojemu synowi zeszyt z cyferkami. Traktuje to jako dopełnienie tego, czego się teraz uczy w szkole. Na ogół Jasiowi starcza zapału by "przerobić" trzy czy cztery strony z tego zeszytu. Nie jest to nic trudnego, takie tam: "przyklej cyferkę odpowiadającą liczbie kwiatków na obrazku", ale dziecko się cieszy, że potrafi to samo zrobić. Dla mnie ważne jest, że mówimy o liczeniu po polsku. Na dodatek utrwalamy to, czego on się i tak uczy w szkole.

Pewnego dnia Jaś sam wziął zeszyt z literkami i za jednym zamachem "przerobił" chyba z dziesięć stron. A było to tak: Klara - młodsza siostra Jasia - dobrała się do Jasiowych komiksów. żeby uratować komiksy i nie doprowadzić Klary do płaczu podsunęłam jej zeszyt z literkami, a komiksy schowałam. Wtedy Jaś przybiegł, z głośnym okrzykiem "To moje" wyrwał siostrze go z rąk, i żeby zademonstrować, że to nie jest dla dzidziusiów, ale dla dużych dzieci siadł przy stole i zaczął robić ćwiczenia.

W szkole nauczyli już Jasia literować po angielsku. Tę nową umiejętność Jaś stosuje z powodzeniem do języka polskiego i niemieckiego! Czasami proszę go o przeczytanie (przeliterowanie) pojedynczego słowa po polsku. Przy trudnościach tłumaczę, że np "sz" to taki trudny dźwięk do napisania. Po polsku pisze się "sz" po angielsku "sh" a po niemiecku "sch".

Jak na razie nie prowadzę systematycznej nauki czytania po polsku, ale poważnie się zastanawiam czy by nie zacząć jej w te wakacje.

Myślę, że w Twoim przypadku też byłby już czas zacząć córkę uczyć czytać i pisać po polsku. Ty też się przecież uczyłaś czytać i pisać w wieku lat siedmiu. Wiec czemu to co nie było za trudne dla Ciebie ma być za trudne dla Twojej córki? Jeśli będziesz w czasie wakacji odwiedzać rodzinę w Polsce, to może poproś swoich rodziców o pomoc. Babci czy dziadkowi może być łatwiej zacząć uczyć wnuczkę niż Tobie. Poza tym dziadkowie nie znają pewnie szwedzkiego, wiec trudniej będzie Mai wykręcać się szwedzkim.

k.bazylejska

Jaś 12.2002 Klara 02.2007 niemiecki, polski, angielski



Temat: Tolerancja.
Zniklam troche z forum, bo pochlonely mnie inne sprawy. I tak, jak
ktos juz tu powiedzial, wielojezycznosc przestala byc w naszej
rodzinie priorytetem. Tymczasem nieoczekiwanie zauwazam rezultaty.

Daniel (wkrotce 5 lat) mowi po polsku z pewna latwoscia (bawimy sie
czesto w opowiadanie wymyslonych historii, ktore jedno zaczyna,
drugie kontynuuje itd), ale rzadko sie do mnie zwraca po polsku. Nie
tak, jak przed rokiem, gdy wrocilismy z trzytygodniowych wakacji w
Polsce. Zreszta ostatnio w ogole przestal mowic, tylko wydaje dzikie
dzwieki i udaje malucha, ktory nie umie mowic. Tak wiec mniej mamy
okazji do normalnej rozmowy. Teraz zreszta intensywnie uczy sie
liter, a te musze z nim narazie cwiczyc po francusku.
Niespodziewanie po krotkich wakacjach we Wloszech, zaczal do mnie
mowic po wlosku (mam ograniczone slownictwo), nauczyl sie liczyc do
10 i potrafi sie porozumiec kilkoma zwrotami. Zaskoczyl nas. Przy
tym sprawia mu to wielka frajde. Nauczyl sie od dwojki chlopcow, z
ktorymi spedzilismy wakacje.

Magda (5 lat i pol) nigdy po polsku nie mowila, choc wszystko
rozumiala, a tymczasem niespodzianie podczas niedawnej weekendowej
wizyty w Polsce zaczela uzywac wylacznie polskiego zwracajac sie do
kuzynow. Slownictwo ma mocno ograniczone, o gramatyce nawet nie
wspominam. Ale cieszy mnie sam fakt, ze zaczela uzywac polskiego,
choc zestawiala slowa po swojemu. No i wyraznie starala sie nie
mieszac jezykow. Wciaz jednak kiedy zwracala sie do mnie, od razu
przechodzila na francuski. Choc od powrotu zdarza jej sie zrobic
wysilek i zwrocic sie do mnie po polsku. Smiesznie przy tym
przeciaga wyrazy "maaamo, prooosze jeeeszcze". Moj maz twierdzi, ze
ja tak mowie, sama nie wiem.

Mowie do dzieci po polsku, moj maz po angielsku, miedzy soba mowimy
po polsku, a na zewnatrz zyjemy w swiecie francuskojezycznym. Poza
domem zdarza mi sie jednak mowic do dzieci po francusku lub po
angielsku, zalezy z kim jestesmy. Uwazam po prostu za niezbyt
grzeczne mowienie w jezyku, ktorego osoba obok mnie nie rozumie. Ale
oczywiscie kazdy ma swoje racje. Na ogol nie przeszkadza mi, gdy
ktos mysli inaczej, bo to jego wybor. Pod warunkiem, ze nikt mi nie
nadepnie na odcisk, albo nie kaze mi myslec tak jak on. Zreszta
nigdy nie uwazalam wielojezycznosci dzieci za cel mojego zycia.
Raczej uwazalam, ze powinny dostosowac sie do naszego sposobu zycia,
ktory sila rzeczy obejmuje funkcjonowanie w kilku jezykach naraz.
Ale zadawalalam sie tym, ze rozumieja. Choc oczywiscie cieszy mnie,
gdy tez mowia. Zawsze tez kupowalismy ksiazki po polsku i po
angielsku, bo kazdy z nas chcial podzielic sie z dziecmi tym, co sam
znal i kochal ze swojego dziecinstwa. Nasze dzieci na pewno sa
wielokulturowe. Dodatkowo bardzo sie interesuja wszystkim, co
dotyczy ich krajow urodzenia (Tahiti i Kambodza), z pasja ogladaja
filmy, czytaja ksiazki, maja bardzo duzo wiadomosci. I kochaja te
kraje calym swoim malym sercem. Daniel na przyklad zazyczyl sobie
flage Kambodzy na torcie urodzinowym.
A co do zdolnosci jezykowych, to podobno takowe posiadam (ciagle mi
tak w zyciu powtarzano, ale sama nie wiem). Za to nie umywam sie do
mojego meza, ktory plynnie mowi w 5 jezykach, a w 4 innych potrafi
sie porozumiec. No i nauczyl sie polskiego tak, ze Polak sie nie
domysli. W Polsce ktos mu kiedys powiedzial, ze ma dziwne imie, bo
niby Polak, a obce imie. Z czego wynikaja te zdolnosci? Troche
fascynacji innymi kulturami, troche pamieci, troche sluchu no i duzo
okazji do cwiczenia. A przede wszystkim motywacja. No i nauczyc sie
moze chyba kazdy, ale zeby nie miec akcentu, to chyba rzeczywiscie
trzeba miec szczegolne zdolnosci, jesli zaczyna sie nauke w wieku
doroslym.
Pozdrawiam
Ania



Temat: opłaty szkolne- glownie chodzi mi o Wawe
Masz racje, paranoja.
Szkoła, pisze to choc sama w szkole pracuje, traktuje rodziców w dziwaczny
sposób.
Przede wszystkim ceny podreczników sa horendalne. Oczywiscie ceny nie ustala
szkoła, ale nauczycielki beztrosko zmieniaja tytuły, jak wygodniej . Moze
robia to z mysla o tym, by dobrac jak najlepsza ksiazke, ale mimo wszystko
szkoła powinna brac pod uwage ich ceny oraz dochody rodziców. Jak matka o
dochodach 600-1000 zł jest w stanie kupic dziecku ksiazke do angielskiego za 7o
zł ? Jak ma wierzyc, ze szkoła chce dobra jej dziecka i jest zainteresowana
jego sytuacja zyciowa ?Rozumiem same cwiczenia, ale co roku nowy zestaw ? To
nieoszcedne i nieekologiczne.
Niestety nic sie nie zdziała, dopóki rodzice beda siedzieli cicho.

Co do innych oplat, nie ma innej rady jak na pierwszym zebraniu zdecydowanie
zabrac głos i ustalic, ze wplacamy takie i takie kwoty na to i na to i
spodziewamy sie, ze nie bedziemy zaskakiwani projektami wycieczek i wyjsc do
teatru i innych wydatkow nawet na dodatkowe ksiazki do nauki( z wyjatkiem
drobnych sum rzedu 1-3 złote na akcje typu OWSIAK) poza to, co wplacono na
poczatku semestru. A tym bardziej nie z dnia na dzien. Jesli raz sie odwazysz
i grzecznie, nieagresywnie sie w ten sposob wypowiesz, na pewno duzo osób,
mniej odwaznych i zakompleksionych ciebie poprze.

U jednego z moich dzieci było kilka ambitnych mam, które działalnosc w trojce
klasowej rozumiały jako niekonczace sie wymyslanie dzieciom atrakcji i
wycieczek. Trzeba było co rusz cos placic albo piec ciasto. Wreszcie w klasie
trzeciej sie temu zdecydowanie sprzeciwiłam. One sie obraziły smiertelnie
(miały dobre checi) a ja oszczedziłam spora sumke !

Opłaty na komitet nie sa obowiazkowe. Mozna zapłacic tyle ile sie uwaza.
Na fundusz jest to oplata ustalana na pierwszym zebraniu, na mój gust 10 zł
miesiecznie, to przesada, u nas po dyskusji ustalono 5 zł.
Na obiady mozesz dostac refundacje (stypendium obiadowe), idz do pani pedagog i
sie dowiedz czy sa pieniadze z urzedu gminy. Czesto - jak pieniedzy mało -
robi sie przemiennie, jeden miesiac dziecko z klasy A inny z klasy B. Zawsze
jakas oszczednosc. Jesli masz zasiłek z MOPS, to obiady tez powinni ci dac, a
moze nawet znizke za swietlice. Nikt cie palcem nie bedzie wytykał, kto ma
obiady, to jest informacja poufna. Nawet rodzice z komitetu rady Szkoły nie
maja prawa wiedziec, jakie masz dochody.

Jesli placisz za swielice, to przynajmniej spodziewaj sie, ze dziecko bedzie
tam przebywac do przewidzianej regulaminem godziny. A takze wtedy, gdy nie
idzie na basen, ustal to z swietliczanka w obecnosci dziecka, ze ma przyjsc i
powiedziec, ze nie idzie na basen (nie ma powtrzeby podawac powodu - moze jest
przeziebiony, a moze ma alergie na chlor ?)

Jesli masz dochód ponizej 316 na osobe przysługuje ci jakies nowe regulacje. Sa
pieniadze na oplacenie basenu, swietlicy, podrecznikow i obiadów z gminy,
musisz tylko czym predzej złozyc w szkole stosowny formularz (dochody rodziny
za miesiac poprzedzajacy złozenie wniosku - tj. za grudzien.) W wielu szkołach
przedłuzono termin skladania podan, bo trudno w kilka dni zebrac swszystkie
papierki o dochodach rodziny.




Temat: dysleksja
Gość portalu: Kolezanka napisał(a):

> Sluchajcie, to prawda, ze sa osobe, ktore maja dysleksje (to nie jest
brzydkie
> pisanie, oni nieprawidlowo pisza slowa), ja widze ze dziecko Nie Potrafi
> napisac, a nie nie chce.
I tu Ci przyznam rację . Dla mnie to nie do pomyslenia , by nauczyciel
sam nie wiedział , czy uczeń ma czy nie ma dysleksji - zwłaszcza
nauczyciel angielskiego
forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=427&w=8577655
podaje powyżej przykład dołownia ucznia od kilku lat
przez nauczyciela , który nie chce przyjąć do wiadomości
dysleksję ucznia , mimo że ten posiada również zaświadczenie .
dysleksja tego chłopca jest widoczna po pierwszej lekcji .

Ale dobija mnie to ze sa tacy, ktorzy przykrywaja sie
> tym papierkiem z poradni, niczego z tym problemem nie robia, wrecz nie chca
> pracowac absolutnie. Chcialabym zeby poradni lepiej badaly dzieci, poniewaz
> teraz to takie zaswiadczenie ma co drugie dziecko. Co szanowny Pan Lekarz na
> to? Czy wy sadzicie ze az tak duzo osob ma ta dysleksje? Jest to niemozliwe,
> moim zdanijem. Jesli ja widze ze dziecko pracuje, stara sie, ale nie udaje mu
> sie, to wtedy przymykam oczy na liczne bledy,dopinguje go lepszymi ocenami i
> zachecam do pracy, ale jesli widze lenia, ktory nie chce wziasc dlugopisu do
> reki, to sorry, nie moge go ulgowo traktowac, bo denerwuje mnie takie
> podejscie do sprawy: Mam papierek i mam prawo niczego nie robic.Inna sprawa,
> ze ktos pisze niewyraznie, to siedze pare godzin i odczytuje co jest
napisane.
> Niestety na studiach nie bylo zajec, na ktorych bym sie dowiedziala jak
> pracowac z takimi dziecmi, dlatego poruszylam ten watek, a tu zamiast mnie
> pomoc, to sie ludzi obrazaja. Nie jest to wasza wina, ze tez moze macie
> dysleksje. Nie chce powiedziec ze wszyscy dyslektycy sa leni, ale wiekszosc i
> to mnie boli. Prosze o pomoc szanownych nauczycieli, jak wy sobie radzicie z
> dysleksja? Dziekuje za wszystkie opinije (nawet te obrazliwe, bo wybaczam
> glupote ludzka) i pozdrawiam Wszystkich bardzo serdecznie.

jak mozna pracować z takimi dziećmi ?
nie można im obniżać oceny za pisownię . dawać im ćwiczenia , które
pozwalają na ich regularne postępy i zadowolenie w nauce .

mnie też nikt nie uczył pracy z dyslektykami . miałem ich już
kilku i jestem dumny z tego , że nauczyłem ich angielskiego tak ,
że nie musieli się wstydzic swojego poziomu w innych szkołach .

te podejście niekoniecznie dotyczy dyslektyków . wszyscy uczniowie
muszą się czuć w klasie dobrze . nie dawałem dużo pracy domowej .
wolę by ktoś zrobił mało a dobrze niż dużo i byle jak .

uczniowie znali termin testów i sprawdzianów na początku roku .
nie robiłem nie zapowiedzianych testów . Każdy mógł dwa razy
w semestrze zgłosić się do odpowiedzi ustnej .walczyłem z nauczycielami,
którzy zawalali pracą uczniów tak , jakby oni tylko nauczali w szkole
swojego przedmiotu ( nieskutecznie ) .

patrząc na swoje nauczanie z perspektywy czasu , myślę że miałem satysfakcję
z postepów uczniów . cieszyło mnie jak z miesiąca na miesiąc widać
było , że coaraz lepiej poznają język .

pod koniec roku , gdy już oceny były wystawione i uczniowie olewali inne
zajecia , byłem przez nich wyciągany z pokoju nauczycielskiego
na lekcję . TO BYŁ SUKCES . ja ich nie zmuszałem do nauki , oni
sami chcieli się uczyć .

nie muszę chyba dodawać , że te grupy były najlepsze w szkole .
dyrekcja uzanła że nie był to wynik takiej metody pracy , a że miałem
wyjątkowo zdolną młodzież - nie wiem jak to interpretować , przecież
to kompletna bzdura . uczyłem 120 uczniów i to jest po prostu
niemożliwe , by każdy z nich był wyjątkowo uzdolniony .




Temat: angielski jak sie nauczyc??
Moja rada jest prosta: stworzyć sobie
Moja rada jest prosta: stworzyć sobie
medialne środowisko totalnie w obcym języku
- wyłącznie obcojęzyczne gazety, czasopisma,
TV, filmy, radio, internet - nic po polsku.
I to o czym mówię możliwe jest u nas w Polsce!

Kilka tysięcy słówek można naprawdę w miarę szybko się nauczyć;
owszem to nie jest kwestia dni ale i nie lat - w zależności
od wieku, zdolnosci itp. idzie o tygodnie czy miesiące.
To nie jest problem ale co z tego wynika dla praktyki?

Bardzo ostrożnie odnosiłbym się do statystycznych
oszacowań dotyczących np. 95% rozumienia tekstu.
Jest wiele dość krytycznych sytuacji, krótkich
zdan, gdzie nieznajomość pojedynczego słowa staje się
problemem i może prowadzić do nieporozumień.

Reklamy obiecujące nauczenie się języka w parę tygodni
to mit prowadzący do rozczarowań. Krótkie oszacowanie:
Dziecko uczy się języka szybko, przede wszystkim
dlatego, że godzinami i codziennie pozostaje
w tym środowisku językowym, bez żadnych zachamowań
i ma do opanowania dość prosty zasób słów
i gramatyki (np. dla kilkulatka) ale nawet wtedy,
powiedzmy od 2-go do 7-go roku życia
ma za soba, skromnie licząc kilka godzin dziennie,
ok. 10 tysięcy godzin kontaktu (nauki) z językiem
(6 lat= ok. 2000 dni).

Dorosły człowiek ma nie tylko same wady
w porównaniu z dzieckiem ale jakby nie liczyć
owej bariery kilku tysięcy godzin efektywnej
nauki nie da sie wziaść jednym skokiem.

Nie spotkałem jeszcze nikogo kto zna obcy język
bez 5000 godzin nauki (obojętnie w jakiej formie
a ta "szkolna" nie należy do najefektywniejszych).
Podkreślam, że pod pojęciem "zna" rozumiem
faktycznie "znanie" sprawdzone w praktyce
za granicą, umożliwiające normalne życie i funkcjonowanie
np. w swoim zawodzie a nie jąkanie się i kaleczenie,
choćby poświadczone najlepszymi ocenami ze szkoły.

5 tysiecy godzin to mnóstwo czasu. Pół godziny dziennie
to 10 tysięcy dni a więc gdzieś ćwierć wieku. Owszem,
godzina c o d z i e n n i e da po 10 latach
pożądany efekt ale to i tak wielki wysiłek,
jeśli mieszka się w Polsce, bo przecież są weekendy,
urlopy, choroby itp.

Tak, jeśli ktoś chce jedynie opanować fragment języka
to może to zrobić szybciej, wybierając jeden z etapów:

1. Umiejętność czytania (z tym jest najprościej, bo
można się podeprzeć słownikiem, czy elektronicznym
mazakiem-skanerem i czytać wolniej bądź szybciej.
2. Umiejętność pisania - tu jest trochę trudniej,
bo potrzeba znacznie więcej gramatyki ale
też jest słownik + czas.
3. Umiejętność mówienia - jeszcze trudniej,
odpada słownik i możliwość manipulowania
czasem ale można uzbroić się w zasób
zwrotów na róńne okazje i nimi operować
aby powiedziec co się chce, choć niekoniecznie
tak j a k się chce.
4. Bardzo często umiejetność rozumienia innych w obcym języku
okazuje się najtrudniejsza - ludzie mówią normalnie
a więc nie - wolno i dużymi, drukowanymi literami,
tylko szybko, nawet bełkotliwie, dialektem, z błędami.

Co polecam?
Po opanowaniu z grubsza punktu 1.
nie przejmować się zbytnio punktem 2. (korzystać
z oprogramownia dokonującego korekty błędów).

Przejść do punktu 3. i próbować mówić do
siebie (w myślach) w obcym języku - owszem nikt
nas tu nie skoryguje ale odkryjemy swoje luki
i przygotujemy sobie własny zasób zwrotów na różne
okazje, nawet jeśli z błędami to przynajmniej
powiemy to szybko, a jeśli nie wykonamy tych
ćwiczeń to i tak w praktyce popełnimy gorsze błędy
tyle, że o wiele mniej płynnie.

Jak opanować punkt 4.? Uważam za znakomitą
metodę oglądanie (najlepiej ulubionych)
filmów w wersji oryginalnej (DVD) ale koniecznie
z podpisami w wersji oryginalnej (np.
angielski film z angielskimi podpisami,
wtedy jest duża szansa, że są one 1:1 równe
tekstowi mówionemu); wersja oryginalna z
polskimi podpisami daje o wiele mniej
a bez podpisów uczący się języka niewiele
zrozumie...

Tyle uwag strategicznych a szczegóły
typu jak się uczyc, "same"
ci się ułoża, jeśli podejdziesz do
sprawy długofalowo i systematycznie.
Efekty osiągniesz wówczas murowane i gwarantowane
ale nie obiecuję cudów tylko "krew, pot i łzy".
Czy warto? Odpowiedź należy do Ciebie.




Temat: ja uczyć się mówić?
parę uwag ogólnych, bo nie znam szczegółowo
twojej sytuacji.

Moja rada jest prosta: stworzyć sobie
medialne środowisko totalnie w obcym języku
- wyłącznie obcojęzyczne gazety, czasopisma,
TV, filmy, radio, internet - nic po polsku.

Kilka tysięcy słówek można naprawdę w miarę szybko się nauczyć;
owszem to nie jest kwestia dni ale i nie lat - w zależności
od wieku, zdolnosci itp. idzie o tygodnie czy miesiące.
To nie jest problem ale co z tego wynika dla praktyki?

Bardzo ostrożnie odnosiłbym się do statystycznych
oszacowań dotyczących np. 95% rozumienia tekstu.
Jest wiele dość krytycznych sytuacji, krótkich
zdan, gdzie nieznajomość pojedynczego słowa staje się
problemem i może prowadzić do nieporozumień.

Reklamy obiecujące nauczenie się języka w parę tygodni
to mit prowadzący do rozczarowań. Krótkie oszacowanie:
Dziecko uczy się języka szybko, przede wszystkim
dlatego, że godzinami i codziennie pozostaje
w tym środowisku językowym, bez żadnych zachamowań
i ma do opanowania dość prosty zasób słów
i gramatyki (np. dla kilkulatka) ale nawet wtedy,
powiedzmy od 2-go do 7-go roku życia
ma za soba, skromnie licząc kilka godzin dziennie,
ok. 10 tysięcy godzin kontaktu (nauki) z językiem
(6 lat= ok. 2000 dni).

Dorosły człowiek ma nie tylko same wady
w porównaniu z dzieckiem ale jakby nie liczyć
owej bariery kilku tysięcy godzin efektywnej
nauki nie da sie wziąść jednym skokiem.

Nie spotkałem jeszcze nikogo kto zna obcy język
bez 5000 godzin nauki (obojętnie w jakiej formie
a ta "szkolna" nie należy do najefektywniejszych).
Podkreślam, że pod pojęciem "zna" rozumiem
faktycznie "znanie" sprawdzone w praktyce
za granicą, umożliwiające normalne życie i funkcjonowanie
np. w swoim zawodzie a nie jąkanie się i kaleczenie,
choćby poświadczone najlepszymi ocenami ze szkoły.

5 tysiecy godzin to mnóstwo czasu. Pół godziny dziennie
to 10 tysięcy dni a więc gdzieś ćwierć wieku. Owszem,
godzina c o d z i e n n i e da po 10 latach
pożądany efekt ale to i tak wielki wysiłek,
jeśli mieszka się w Polsce, bo przecież są weekendy,
urlopy, choroby itp.

Tak, jeśli ktoś chce jedynie opanować fragment języka
to może to zrobić szybciej, wybierając jeden z etapów:

1. Umiejętność czytania (z tym jest najprościej, bo
można się podeprzeć słownikiem, czy elektronicznym
mazakiem-skanerem i czytać wolniej bądź szybciej.
2. Umiejętność pisania - tu jest trochę trudniej,
bo potrzeba znacznie więcej gramatyki ale
też jest słownik + czas.
3. Umiejętność mówienia - jeszcze trudniej,
odpada słownik i możliwość manipulowania
czasem ale można uzbroić się w zasób
zwrotów na róńne okazje i nimi operować
aby powiedziec co się chce, choć niekoniecznie
tak j a k się chce.
4. Bardzo często umiejetność rozumienia innych w obcym języku
okazuje się najtrudniejsza - ludzie mówią normalnie
a więc nie - wolno i dużymi, drukowanymi literami,
tylko szybko, nawet bełkotliwie, dialektem, z błędami.

Co polecam?
Po opanowaniu z grubsza punktu 1.
nie przejmować się zbytnio punktem 2. (korzystać
z oprogramownia dokonującego korekty błędów).

Przejść do punktu 3. i próbować mówić do
siebie (w myślach) w obcym języku - owszem nikt
nas tu nie skoryguje ale odkryjemy swoje luki
i przygotujemy sobie własny zasób zwrotów na różne
okazje, nawet jeśli z błędami to przynajmniej
powiemy to szybko, a jeśli nie wykonamy tych
ćwiczeń to i tak w praktyce popełnimy gorsze błędy
tyle, że o wiele mniej płynnie.

Jak opanować punkt 4.? Uważam za znakomitą
metodę oglądanie (najlepiej ulubionych)
filmów w wersji oryginalnej (DVD) ale koniecznie
z podpisami w wersji oryginalnej (np.
angielski film z angielskimi podpisami,
wtedy jest duża szansa, że są one 1:1 równe
tekstowi mówionemu); wersja oryginalna z
polskimi podpisami daje o wiele mniej
a bez podpisów uczący się języka niewiele
zrozumie...

Tyle uwag strategicznych a szczegóły
typu jak się uczyc, "same"
ci się ułoża, jeśli podejdziesz do
sprawy długofalowo i systematycznie.
Efekty osiągniesz wówczas murowane i gwarantowane
ale nie obiecuję cudów tylko "krew, pot i łzy".
Czy warto? Odpowiedź należy do Ciebie.




Temat: podręczniki do samokształcenia dla zaawansowanych
co to znaczy "za łatwy poziom"?
Sorry, za bezpośredniość ale w ten sposób
będziesz dreptał od kursu do kursu i po 10
latach stwierdzisz, że ludzie za granicą
cię nie rozumieją a ty ich.

Moja rada jest prosta: stworzyć sobie w P o l s c e
medialne środowisko totalnie w obcym języku
- wyłącznie obcojęzyczne gazety, czasopisma,
TV, filmy, radio, internet - nic po polsku.

Kilka tysięcy słówek można naprawdę w miarę szybko się nauczyć;
owszem to nie jest kwestia dni ale i nie lat - w zależności
od wieku, zdolnosci itp. idzie o tygodnie czy miesiące.
To nie jest problem ale co z tego wynika dla praktyki?

Bardzo ostrożnie odnosiłbym się do statystycznych
oszacowań dotyczących np. 95% rozumienia tekstu.
Jest wiele dość krytycznych sytuacji, krótkich
zdan, gdzie nieznajomość pojedynczego słowa staje się
problemem i może prowadzić do nieporozumień.

Reklamy obiecujące nauczenie się języka w parę tygodni
to mit prowadzący do rozczarowań. Krótkie oszacowanie:
Dziecko uczy się języka szybko, przede wszystkim
dlatego, że godzinami i codziennie pozostaje
w tym środowisku językowym, bez żadnych zachamowań
i ma do opanowania dość prosty zasób słów
i gramatyki (np. dla kilkulatka) ale nawet wtedy,
powiedzmy od 2-go do 7-go roku życia
ma za soba, skromnie licząc kilka godzin dziennie,
ok. 10 tysięcy godzin kontaktu (nauki) z językiem
(6 lat= ok. 2000 dni).

Dorosły człowiek ma nie tylko same wady
w porównaniu z dzieckiem ale jakby nie liczyć
owej bariery kilku tysięcy godzin efektywnej
nauki nie da sie wziąść jednym skokiem.

Nie spotkałem jeszcze nikogo kto zna obcy język
bez 5000 godzin nauki (obojętnie w jakiej formie
a ta "szkolna" nie należy do najefektywniejszych).
Podkreślam, że pod pojęciem "zna" rozumiem
faktycznie "znanie" sprawdzone w praktyce
za granicą, umożliwiające normalne życie i funkcjonowanie
np. w swoim zawodzie a nie jąkanie się i kaleczenie,
choćby poświadczone najlepszymi ocenami ze szkoły.

5 tysiecy godzin to mnóstwo czasu. Pół godziny dziennie
to 10 tysięcy dni a więc gdzieś ćwierć wieku. Owszem,
godzina c o d z i e n n i e da po 10 latach
pożądany efekt ale to i tak wielki wysiłek,
jeśli mieszka się w Polsce, bo przecież są weekendy,
urlopy, choroby itp.

Tak, jeśli ktoś chce jedynie opanować fragment języka
to może to zrobić szybciej, wybierając jeden z etapów:

1. Umiejętność czytania (z tym jest najprościej, bo
można się podeprzeć słownikiem, czy elektronicznym
mazakiem-skanerem i czytać wolniej bądź szybciej.
2. Umiejętność pisania - tu jest trochę trudniej,
bo potrzeba znacznie więcej gramatyki ale
też jest słownik + czas.
3. Umiejętność mówienia - jeszcze trudniej,
odpada słownik i możliwość manipulowania
czasem ale można uzbroić się w zasób
zwrotów na róńne okazje i nimi operować
aby powiedziec co się chce, choć niekoniecznie
tak j a k się chce.
4. Bardzo często umiejetność rozumienia innych w obcym języku
okazuje się najtrudniejsza - ludzie mówią normalnie
a więc nie - wolno i dużymi, drukowanymi literami,
tylko szybko, nawet bełkotliwie, dialektem, z błędami.

Co polecam?
Po opanowaniu z grubsza punktu 1.
nie przejmować się zbytnio punktem 2. (korzystać
z oprogramownia dokonującego korekty błędów).

Przejść do punktu 3. i próbować mówić do
siebie (w myślach) w obcym języku - owszem nikt
nas tu nie skoryguje ale odkryjemy swoje luki
i przygotujemy sobie własny zasób zwrotów na różne
okazje, nawet jeśli z błędami to przynajmniej
powiemy to szybko, a jeśli nie wykonamy tych
ćwiczeń to i tak w praktyce popełnimy gorsze błędy
tyle, że o wiele mniej płynnie.

Jak opanować punkt 4.? Uważam za znakomitą
metodę oglądanie (najlepiej ulubionych)
filmów w wersji oryginalnej (DVD) ale koniecznie
z podpisami w wersji oryginalnej (np.
angielski film z angielskimi podpisami,
wtedy jest duża szansa, że są one 1:1 równe
tekstowi mówionemu); wersja oryginalna z
polskimi podpisami daje o wiele mniej
a bez podpisów uczący się języka niewiele
zrozumie...

Tyle uwag strategicznych a szczegóły
typu jak się uczyc, "same"
ci się ułoża, jeśli podejdziesz do
sprawy długofalowo i systematycznie.
Efekty osiągniesz wówczas murowane i gwarantowane
ale nie obiecuję cudów tylko "krew, pot i łzy".
Czy warto? Odpowiedź należy do Ciebie.





Strona 3 z 3 • Znaleźliśmy 140 rezultatów • 1, 2, 3
 
Copyright 2006 MySite. Designed by Web Page Templates